Yvette & Dziki Mag
Czyli twórczość radosna

(...)

 Od dłuższej chwili Maga nie chciało opuścić nieodparte wrażenie, ze ktoś go intensywnie obserwuje. 
Na początku to ignorował, wreszcie było tu wystarczająco
dużo osób patrzących na niego nieufnie choćby taki Kaio... Gra się nie kleiła. Mag czuł się nieco znudzony.

Kiedy po raz kolejny poczuł mrowienie na plecach, postanowił sprawdzić kto jest przyczyną jego niepokoju. 
Oglądnął się przez prawe ramię i ujrzał, że tuż za jego plecami siedzi sobie beztrosko złoty smok, 
przyglądając mu się z niekłamanym zainteresowaniem.

Dobrze, ze się przy tym nie oblizuje pomyślał Mag i uśmiechnął się uprzejmie do smoka, jakby to coś mogło zmienić.

 Zmieniło. Smok rozsiadł się wygodniej, przekrzywił głowę i zapytał go bezgłośnie:
tak właściwie to skąd pochodzisz?

Jednocześnie dał się słyszeć cichy śmiech Yvette. Szeleszcząc spódnicą z czerwonej tafty, podeszła 
tanecznym krokiem do stolika przy którym siedział Mag. 
Zapachniało wanilią. Mag odniósł wrażenie, że w chwili gdy podeszła, w ich mrocznym kącie zrobiło się jakby jaśniej.

   Yvette usiadła z gracją, założyła nogę na nogę i stwierdziła:

   Widzę, że Merlin cię polubił - zrobiła krótką przerwę przyglądając się
Magowi. - Dobrze to świadczy o tobie, że go widzisz; nie wszystkim jest to
dane. Hmm... przyznam, ze mnie również w pewien sposób intryguje twoja osoba -
- spojrzała wyczekująco.

   Ina dhiabhal - wymruczał Mag, nie wiadomo czy z zadowolenia, czy dezaprobaty
wobec tak bezczelnego wpychania nosa w nie swoje sprawy. Z drugiej strony,
jeśli już koniecznie jakiś nos, to na pewno ten był w tym towarzystwie
najodpowiedniejszy. - Nie jestem pewien, Pani, czy masz wystarczająco dużo
czasu, by wysłuchać opowieści o świecie, z którego pochodzę.

   Yvette machnęła ręką, a gest ten miał najwyraźniej mówić, że czasu na
opowieść zawsze ma pod dostatkiem. Merlin położył swą złotą głowę na ramieniu
właścicielki i zmrużył ślepia, przypominając nagle leniwe kocię pochłaniające
całym swym jestestwem pierwsze promienie wiosennego slonca.

   Mag odchrząknął, zrzucił kaptur i zaczął mówić.

   Zacznijmy nietypowo - mag uśmiechnął się kwaśno - od poczatku. Gdzieś w
bezmiarze międzyplanetarnej pustki, z rzadka jedynie urozmaiconej bezładnie
rozrzuconymi galaktykami, pełnymi oślepiająco jasnych gwiazd i nieprzyjemnie
mrocznych czarnych dziur, niedaleko Samego Centrum Wszechrzeczy, istniał sobie
układ słoneczny. Składał się ze średniej wielkości gwiazdki otoczonej
wianuszkiem mało interesujących planet i nazywał się TSR. Z faktu, że go w
ogóle nazwano mimo wspomnianych wyżej dość tuzinkowych charakterystyk łatwo
wysnuć wniosek, że zamieszkiwały go istoty mające pretensje do bycia nazywanymi
inteligentnymi formami życia.

   Do dzisiejszych czasów nie zachowały się niestety na żadnej z planet
jakiekolwiek zapiski pozwalające na zrozumienie niecodziennej nazwy tego
świata. Brak wiarygodnych źródeł pozwolił ją interpretować na wiele sposobów.
Część zainteresowanych tą sprawą twierdzi uparcie, że jest to skrót nadany
światu przez jego twórcę jeszcze na etapie wstępnych planów. Zapytany przez
swoją matkę "Co robisz, synku?" miał odpowiedzieć "Tak Sobie Rysuję" i
następnie polubić skrót owego przypadkowego zwrotu na temat tej trzeciorzędnej
produkcji. Inni, programowo przeciwni istnieniu jakichkolwiek stwórców, będą
niezmiennie utrzymywać, że nazwa zawdzięcza swoje istnienie niezadowoleniu
pierwszych istot zdolnych do formułowania myśli w słowa i jest reakcją na to,
co ich otaczało. TSR ma być, według zwolenników tej teorii, skrótem
składającym się z pierwszych liter antycznego przekleństwa, które
przetłumaczone na współczesny język dałoby raczej jednoliterową nazwę K, co
pokazuje aż zbyt wyraźnie jak przekleństwa stały się na przestrzeni dziejów
dosadne i ekonomiczne zarazem.

   Teorii jest oczywiście więcej i, choć tak różne, mają także jedną wspólną
cechę: wszystkie mijają się z prawdą. Nazwa TSR jest niczym innym, jak tylko
pomyłką przy transliteracji oryginalnego elfickiego określenia, oznaczającego
po prostu "świat". Pomyłką tą dwaj wynalazcy współczesnego alfabetu runicznego,
Myrill i Tsethody, zapewnili zastępom filozofów i lingwistów pracę do końca
wszechświata. I pomyśleć, że to tylko dlatego, że pierwsze zapiski w
staro-elficko-teeserowskim odczytywali do góry nogami.

   Ze wzgledu na bliskość SCW (Samego Centrum Wszechrzeczy) materia
rzeczywistości jest w tych okolicach uniwersum dość pomarszczona i, wybacz
techniczny żargon, w większej części temporalno-dymensjonalnie
quasi-transparentna. Położenie wszystkiego, łącznie z planetami i gwiazdami,
jest w wysokim stopniu względne, jako że oprócz normalnych czterech wymiarów
wszystko tu posiada inne, potencjalne parametry określające, gotowe w każdej
chwili przystąpić do działania.

   Yvette uśmiechnęła się lekko. Nie zanosiło się na to, by mag w najbliższej
przyszłości powiedział, jak ma na imię, a jego historia zdawała się zaczynać
dużo za wcześnie, by doczekać się choćby momentu jego narodzin w najbliższym
tygodniu.

   "No cóż," pomyślała, "przynajmniej nie czaruje, kiedy opowiada..."

   Dokładnie w tej chwili, jakby po to, by zadać kłam jej myślom, Mag rzucił
jakiś czar. Powietrze zawyło, rozległ się nieprzyjemny chichot i, choć fakt
ten pozostał przez wszystkich niezauważony, naprzykrzająca się Dzikiemu Magowi
mucha zakończyła swój owadzi żywot na skutek zatkania wszystkich przetchlinek
jodłową żywicą. Mag kontynuował niewzruszenie:

   We wszechświatach o ustabilizowanej probabilistyce, takich jak na przykład
ten, wbudowanych na stałe w sieć kosmicznego pola zdrowego rozsądku wymiary
dodatkowe nigdy nie dochodzą do głosu. Zauważane są co prawda czasem przez
osoby konsekwentnie subwencjonujące monopol spirytusowy i te, które
osiągnąwszy relatywistyczne objawienie, ubierane zostają przez resztę
społeczeństwa w rodzaj kubraczka z rękawami wiązanymi na pleckach. Do
chwalebnych wyjątkow należy tutaj, zamiast dokładnego związania, obwołanie
pewnego nieszczęśnika geniuszem i obdarowanie nagrodą Nobla na dokladkę.
Niemniej w takich wszechświatach dodatkowe wymiary nie odgrywają większej roli
z racji na swój niski potencjał, a także brak popularnego nimi zainteresowania:
od czasu do czasu poruszą jedynie jakiś stolik spirytystyczny ku przerażeniu
naciągającej naiwnych wróżki lub sprawią, że Wielka Niedziela wypadnie w
sobotę...

   Nagle Mag zamilkł, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że złapał go jakiś
skurcz. Ojciec wszystkich skurczów, jakie Yvette widziała do tej pory. Mag
wycharczał tylko:

   To mi przejdzie... za... jakiś... cza............

   Dziki Mag wyglądał na zaczarowanego. Merlin rozczarowanego. Yvette spokojnie
sięgnęła po karty Maga i mruknęła:

   No tak, nic dziwnego, że nie chciało mu się już grać...

   Yvette starannie potargała wszystkie trzynaście kart, które zabrała magowi
cicho nucąc jakąś piosenkę o lekko irlandzkich motywach. Zebrała strzępki na
dłoń i dmuchnęła nimi magowi prosto w twarz. Potem dotknęła jego ręki
szepcząc coś, czego nie mógł dosłyszeć.

   Skurcze nagle ustały.

   Możesz kontynuować? - zapytała. - Tylko nie od stworzenia świata - dodała,
pieszczotliwie drapiąc Merlina za uchem. Mag otarł pot z czoła i poprosił
barmana o szklankę wody.

   Piękne dzięki - wydukał po jakimś czasie. - Przy niektórych efektach
najsmutniejsze jest to, że nie dają okazji na przeciwdziałanie. Swoją drogą,
jak ty to zrobiłaś? Bo rozpoznam magię nawet trzy dni po śmierci, a magia to
nie była... zamyślił się, po to tylko, by po chwili uśmiechnąć się promiennie.
No, ale o tym przecież jest ciąg dalszy opowieści!

   Yvette usadowiła się wygodniej. Nie była pewna, czy jakieś wild surge
uratuje ją tym razem od uśnięcia. Mag ochoczo odchrząknął.

   O czym to... aa, tak, względności i spontaniczny naddymensjonizm...

   W TSR i innych światach szalejącej względności, dodatkowe wymiary panoszą
się wszędzie jak domokrążcy i rozsiewają skutki uboczne istnienia w tak
wysokich potencjałach: szarą magię. W tym, że obecnie prawie się nie słyszy o
szarej magii nie ma nic dziwnego; od dawna już bowiem większa jej część uległa
zepsuciu, rozdzielając się na czarną i białą składową. Pewne procesy, o których
za chwilę, jedynie to rozwarstwienie przyspieszają.

   Escewu, czyli Samo Centrum Wszechrzeczy jest według swej natury miejscem,
do którego dążyć będą wszelkie istoty żądne władzy, mogące się bez ograniczeń
poruszać przez mnogość płaszczyzn bytu. Istoty te zauważyły już dawno, że
władza nie polega na rządzeniu, władza umożliwia rządzenie, ale dopiero po tym,
kiedy zostanie dobrowolnie przez rządzonych oddana w ręce władcy. Tak właśnie
istoty wpadły na pomysł zostania bogami.

   Jak łatwo zauważyć, brakowało tylko wiernych, by szczęście owych istot było
całkowite. Ich poszukiwania nie musiały trwać zbyt długo: TSR dostarczył
potencjanych wyznawców w ilościach mogących zaspokoić najwybredniejszych. Po
kilkunastu eonach walk na górze, w niebiosach ustalił się jaki taki porządek
i nareszcie pasterze mogli zacząć dbać o swe owieczki. Był tylko jeden problem:
owieczki kończyły swój radosny, szczęśliwy i przysłowiowo bezmyślny żywot w
momencie konfrontacji z pasterzem. Ich owcze serduszka nie wytrzymywały tego,
sami zaś bogowie nie mieli najmniejszego zamiaru pozostawać w TSR przez
dłuższy czas pod ograniczającymi ich wydatnie postaciami awatarów. Coś trzeba
było z tym fantem zrobić.

   Zdecydowano się na bezprecedensowe posunięcie, mające nieodwracalnie zmienić
nie tylko stosunki panujące na linii bogowie-wyznawcy, ale też wzajemne układy
między bóstwami. W celu zjednoczenia czczących bogów ludzi stworzono
duchowieństwo - Dzikiego Maga aż otrzepało na jakieś wspomnienie.

   Ono jednak, znaczy to duchowieństwo, zabrało się z miejsca do wytyczania
granic pomiędzy wszystkimi możliwymi do wyodrębnienia grupami, podkreślania
różnic między wyznaniami i generalnie do zwalczania wszystkich i wszystkiego
nie pasujących do ich własnych, często zupełnie wypaczonych, wyobrażeń o tym
co jest, a co nie jest słuszne w oczach ich bóstwa. Nie mając większego
pojęcia o oczach ich patronów, klerycy postanowili w zastępstwie używać
własnych oczu, jakże podatnych na zauważanie drzazg i innych okruchów w oczach
bliźnich. Nie mowię, że na przykład wszystkie rasy są równe - Mag z niepokojem
rozejrzał się po kafei i doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie nie
rozgłaszać swoich rasowych poglądów w takim towarzystwie. Ale jeżeli stanowić
ma o tym jakiś klecha, to sama rozumiesz, ze źle się zaczyna dziać...

   Yvette niezobowiązująco kiwnęła głową. Ąeby ten biedak wiedział, co na tej
planecie robiło się, i ciągle się robi, w imieniu tego czy innego boga! U nich
przynajmniej było ich tylu naraz, a tu... Religie monoteistyczne bardzo
sprzyjają rozwojowi kultury militarnej, gdyby się głębiej zastanowić...

   Mag kontynuowal.

   Kiedy już powstał kler, bogowie postanowili pójść za ciosem: mogli, z powodu
bezwstydnie szalejącego relatywizmu, zbierających się pokładów szarej magii i
osłabionego wpływu pola zdroworozsądkowego, udzielać klerykom swoich magicznych
umiejętności. Nie potrafili wytłumaczyć mechanizmu tego procesu, ale nie
martwili się z tego powodu wcale. Przecież kamienie nie mają pojęcia o
grawitacji, a jednak jakoś zawsze udaje im się spadać w sposób w miarę
jednostajnie przyspieszony.

  Merlin zaskiauczał, jak zbity pies, kiedy na pięknej twarzy Maga zagościł
całkiem brzydki uśmiech.

  M'anam! Powinni byli się martwić! wysyczał. Albo przynajmniej dowiedzieć,
czy w TSR kamienie rzeczywiście nic nie wiedzą na temat grawitacji. Cały feler
tego systemu, będący jednocześnie siłą sprawczą powstania czarnej magii,
polegał na tym, że udostępnianie klerykom czarów nie odbywało się w sposób do
końca kontrolowany. Chcąc to określić dokładniej: jedynie biała składowa sieci
panmagicznej była w tym procesie wykorzystywana. Niezrównoważenie potencjału
magicznego powoli acz nieprzerwanie ładowało już i tak gęstą od boskiej
interwencji atmosferę wokół tego do niedawna przeciętnego światka.

   Potencjały, jak może niektórzy wiedzą z własnego doświadczenia, nie mają w
zwyczaju tak sobie w nieskończoność rosnąć....

   Jakby na potwierdzenie tych słów, przy barze rozległ się brzęk tłuczonego
szkła.

   "No tak, znów Nail," pomyślała Yvette.

   * * *

   Yvette trąciła maga w ramię:

   Merlin zniknął.

   Zaraz wróci - mruknął Mag. Jeżeli jest cokolwiek, co charakteryzuje
wszystkie smoki to to, że prędzej czy później wracają tam, gdzie je karmią.

   Tym razem może nie wrócić, jest gdzieś bardzo daleko. Oprócz tego nigdy nie
znika bez zapowiedzenia - Yvette popatrzyła na czarne przejście. Boję się, że
Ogrody mogły go wciągnąć, żeby się zemścić. Muszę za nim iść, sam nie da rady
wrócić.

   Mag nie zastanawiał się długo.

   Nil an fhios agat, a sidhe agus... Poza tym nie myśl, że pójdziesz sama;
nie znam osobiście tych ogrodów, ale z opisu Kaio mogę je sobie aż za dobrze
wyobrazić. Moja magia się przyda, jak zresztą zawsze - mruknął na koniec, nie
dodając, że i jemu będzie pewniej w obecności kogoś, kto wie jak poradzic na
magicznego kaca. - Przecież sama mogłabyś sobie nie poradzić - dodał
wyjaśniająco swoim zachrypniętym głosem, kontemplując jednocześnie kształty
Yvette.

   Skoro chcesz mi towarzyszyć - zgodziła się łaskawie Yvette starając się nie
pokazać uczucia ulgi. Jednakże ostrzegam, że może to być niebezpieczne.

   A dzika magia to niby jaka jest? - zauważył Mag zgryźliwie. Chodźmy, póki
nie uszkodzili residuum postportalowego. Panie przodem - dodał z uśmiechem,
który w zamierzeniach miał pewnie być uprzejmy, machnął niedbale ręką i w
miejscu, gdzie jeszcze przed momentem czernił się pentagon, zielenił się teraz
idealnie regularny dodekagon.

   Yvette wpatrywała się w ziejący przed nią kretyńsko groszkowy wielobok. Po
chwili niezdecydowania poprawiła włosy, wzięła głęboki oddech i zrobiła
energiczny krok przed siebie. Mag podążył za nią. W chwili, gdy obie sylwetki
pochłonęła zieleń, portal zamigotał i zniknął na dobre.

   Mef i Jack zaczęli zbierać zakłady które z nich (jeżeli którekolwiek w
ogóle) wróci jako pierwsze.

   Nowy, pijąc kolejną szklankę mleka, nie brał w tym udziału, obserwując
zachowanie gości w barowym lustrze. Dlatego początkowo tylko on zauważył, że
lustro najpierw pokryło się warstewką pary, a potem zrobiło się morsko zielone,
nic nie odbijając w swojej tafli.

   * * *

   Yvette obudziła się z głębokim przeświadczeniem, że coś jest nie w porządku.

   Ostatnią rzeczą jaką pamiętała była zimna nicość, w ktorą zaczęła spadać
po wejściu do portalu. Potem straciła przytomność. Otwarła oczy, co zresztą nic
nie zmieniło, gdyż otaczała ją nieprzenikniona ciemność. Pachniało pleśnią.
Usiadła ostrożnie i dotknęła rękami podłoża. No tak, z pewnością nie znajdowała
się w Osiris Cafe. Różne rzeczy można było powiedzieć o tej kafejce, ale na
pewno nie to, ze miala kamienną, wilgotną podłogę.

   Coś jeszcze nie dawało jej spokoju. No tak, przecież ten dziwny mag wybrał
się z nią. Zaczęła nasłuchiwać. Szybko zlokalizowała mamrotanie nazbyt
charakterystyczne, by go nie poznać. Wyciągnęła ręce nad głowę, ale nie była
w stanie dotknąć sklepienia.

   "Zawsze coś, przynajmniej nie trzeba się wyczołgiwać z jakiejś dziury,"
pomyslala próbując ostrożnie się podnieść.

   Potem powoli, krok po kroku, zbliżyła się do źródła dźwięków.

   Wszystko w porządku? - zapytała.

   Głos stał się o ton głośniejszy, ale dalej brzmiał jakby wydobywał się ze
studni na końcu wszechświata.

   Yvette pomogła Magowi wyplątać się z szat.

   Dzięki - mruknął bez większego entuzjazmu.

   Jeżeli jesteś czarodziejem, to może zrobiłbyś trochę światła - zaproponowała
uprzejmie.

   Nil tu ag uiseachta an infreaibhisiuin? - zdziwił się Mag, ale potem
posłusznie wymamrotał coś i zrobiło się jasno.

   No, już lepiej - stwierdziła Yvette, odruchowo poprawiając włosy.

   Wcale nie lepiej - Mag najwyraźniej nie był optymistą. - Zobacz gdzie się
wpakowaliśmy.

   ciany niewielkiego pomieszczenia zbudowanego z kamienia porośnięte były
paskudnym, burym mchem i w niektórych miejscach spływała po nich woda.
Wszędzie było pełno kurzu i odłamków skał. Strop wyglądał jakby dawno temu
miał się zawalić, a nie zrobił tego do tej pory tylko dlatego, że nie chciał
spaść na wilgotną, brudną podłogę lochu. Z pomieszczenia, w którym się
znaleźli, wychodziły cztery korytarze. Ąaden z nich nie wyglądał zachęcająco.
Gdzieś w oddali słychać było piski czegoś, co ze sporą szczyptą optymizmu
można było uznać za szczury.

   I co teraz? - zapytał Mag z przekąsem.

   Nie narzekaj, sam chciałeś ze mną iść - żachnęła się Yvette, uparcie
szukając czegoś w torebce. Po chwili wyciągnęła z niej szminkę, lusterko i
talię tarota.

   Zielone oczy maga zaczęły ciskanie błyskawic.

   Tymczasem przy pomocy lusterka Yvette starannie skontrolowala swój wygląd.
Ponieważ okazał się, jak zwykle, więcej niż zadowalający, zabrała się fachowo
za tasowanie. Wyciągnęła z talii kilka kart i zaczęła je analizować, mrucząc
coś cicho do siebie.

   Ostatecznie przyjrzała się im krytycznie i kiwnęła ręką na Maga.

   Wybierz jedną.

   Mag, bardzo się starając, żeby nie zauważyła jego ironicznego uśmiechu,
spełnił prośbę.

   Nic z tego - stwierdziła po chwili. - W tym miejscu nie da się wróżyć.

   Może spróbujesz wahadełkiem? - podsunął usłużnie Mag. - Wierzbowe witki, z
tego co wiem, też cieszą się niegasnącą popularnością...

   Rzuciła mu chłodne spojrzenie.

   Przecież mówiłam, że przeszkadzają mi jakieś dziwne siły.

   Jakieś siły to mi tu przeszkadzają w oddychaniu - stwierdził Mag i jakby na
potwierdzenie swych słów zaczął kaszleć.

   Powinieneś bardziej dbać o siebie.

   Mag próbował doszukać się w jej głosie troski, ale poszukiwania te nie dały
pozytywnych rezultatów.

   Lepiej już się ruszmy. Nic tu nie wystoimy.

   Którędy? - zapytała chowając starannie karty.

   Pierwszym z brzegu - machnął ręką.

   Gdy Yvette próbowała ocenić, który korytarz miał na myśli doszła do wniosku,
że jeden z trzech. Zamknęła więc oczy, okręciła się parę razy dookoła i ruszyła
przed siebie.

   No chodź - pociągnęła go za rękę. Nie chcesz się chyba osobiście przekonać,
czy ten sufit się jednak zawali?...

   U wejścia do korytarza narysowała czerwoną szminką dużą strzałkę zaznaczającą
gdzie się udali.

   * * *

   No i masz swoje hortykularne zapędy - powiedział Mag z wyrzutem. Od
dłuższego czasu błądzili po niezmiennie wijących się korytarzach i nic nie
zapowiadało, by mieli się kiedykolwiek z nich wydostać. - Widać na pierwszy
rzut oka, że Mef otworzył ten portal losowo; pewnie po to, żeby się popisać.

   Niezależnie od tego, musimy najpierw znaleźć Merlina - oznajmiła stanowczo
Yvette. Nie zostawię go tutaj.

   Mag w odpowiedzi skrzywił się niemiłosiernie na myśl, że to całkiem możliwe,
choć z zupełnie innych przyczyn niż przywiązanie do ulubionych zwierzątek.
Yvette postanowiła jednak zignorować niecodzienną mimikę Dzikiego Maga, nie
mając chwilowo ochoty na zażartą z nim dyskusję. Sprawy nie układały się dobrze
i bez tego.

   Jeżeli Merlin tu jest, a wierzę że tak, to może będę go w stanie do siebie
przywołać. Zajmie to jednak trochę czasu - nerwowo rozejrzała się wokoło. Poza
tym, w tych korytarzach może nie odnieść spodziewanego skutku.

   Próbuj - warknął Mag, dla którego niespodziewane efekty były bądź co bądź
chlebem powszednim. - Wszysko jest lepsze niż to zwiedzanie czyjejś piwnicy.

   Yvette skoncentrowała się na chwilę, po czym bardzo szeroko otworzyła oczy.
Spojrzała ukradkiem na obserwującego jej poczynania Maga, zacisnęła mocniej
usta i zaczęła śpiewać jakąś dziecięcą piosenkę, podskakując na jednej nodze i
radośnie klaszcząc w dłonie.

   Mag był pewien, że oto widzi przed sobą jedyną w świecie osobę, która mimo
swojego idiotycznego zachowania, umie jednocześnie nie wyglądać niepoważnie
czy śmiesznie.

   "To na pewno księżniczka," - osądził w myślach, na głos jednak wysyczał:

   Potańczyłaś juz sobie? Wybacz, ale nie dołączę chwilowo do zabawy. Trzeba
znaleźć tę twoją jaszczurkę i zmywać się stąd.

   Yvette zmroziła go spojrzeniem, po czym oświadczyła z dumą w głosie:

   Merlin jest niedaleko i zbliża się w naszym kierunku. O! - pokazała ręką
korytarz, z którego przyszli - stamtąd. I nie lubi, - dodała z lekko mściwym
zabarwieniem głosu - BAAAAARDZO nie lubi, jak się go nazywa jaszczurką.

   Mag beznamiętnie wzruszył ramionami, co miało zapewne oddać głębokość jego
obojętności w sprawach semantyki herpetologicznej.

   Yvette tymczasem ruszyła smokowi na spotkanie.

   Yvette i Dziki Mag błądzili po korytarzach, światło padało na odległą
ścianę. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyli, że cienie formują się w napis:

> niedługo spróbuję do was dołączyć, na razie próbujcie sami wyjść

   Czy to od Merlina? - spytał Mag.

   Ostatnio nie umiał pisać - Yvette brzmiała, jakby nie byla do konca pewna. -
- Wolę go najpierw znaleźć.

   * * *

>witam witam, witam Was i witam nas, jestem mesjasz i przychodzę na czas...

   A tymczasem w lochach Yvette i Mag natknęli się na dziwaczną postać w
łachmanach z długą brodą i jescze dłuższymi włosami. Z szaleństwem w oczach
kontunuowała swoją twórczość:

   * * *

>wpadłem do tego loszku aby wam pomóc po troszku

   Lekko zdziwiona dwójka popatrzyła na siebie jednocześnie wzrokiem
sugerującym, że wszędzie najwyraźniej można spotkać wariatów. A im dziwniejsze
miejsce, tym większych. Mag wzruszył ramionami.

   Szanowny zbawco - odezwała się Yvette. - Czy możesz nam przedstawić swój
plan, w jakiż to sposób chcesz nas wyprowadzić z tego miejsca zapomnianego
przez bogów i ludzi?

   Za co, oczywiście, będziemy ci dozgonnie wdzięczni - dodał Mag, który w
przeciwieństwie do Yvette nie sprawiał wrażenia, jakby mówił poważnie. -
- Szczególnie jeżeli nie będziesz używał mowy wiązanej.

   * * *

   Dziwny człowiek - zauważyła Yvette, gdy mesjasz zniknął za zakrętem.

   Wszyscy ludzie są dziwni - stwierdził Mag z głębokim przekonaniem w głosie. -
- Niestety przynależność do rasy ludzkiej implikuje poważne...

   Fiołki - powiedziała nagle Yvette przerywając Magowi, który najwyraźniej
zaczął się już rozkręcać.

   Co??? - Maga trochę zatkało.

   Fiołki. Nie czujesz?

   Jakie fiołki? Zwróć łaskawie uwagę na fakt, iż od dłuższego czasu błądzimy
po bliżej nieokreślonych podziemiach i występowanie w tym miejscu jakichkolwiek
kwiatków potrzebujących słońca nie jest jednak specjalnie prawdobodobne.

   Może gdzieś w pobliżu jest wejście do Ogrodów - Yvette wyglądała na
wyraźnie zirytowaną. Chodźmy to po prostu sprawdzić.

   W gruncie rzeczy - zgodził się ostrożnie Dziki Mag - jeżeli się weźmie pod
uwagę, że i tak nie mamy bladego pojęcia, gdzie idziemy, równie dobrze możemy
iść tam, gdzie czujesz fiołki. Jest przynajmniej szansa, że szybciej dostaniemy
się w jakieś mniej zatęchłe miejsce.

   Nic ci nie poradzę na to, że nie ma tutaj klimatyzacji. Lepiej podkręć
trochę to światło i poszukajmy źródła tego zapachu. Hmmmm..., w gruncie rzeczy
bardzo lubię fiołki...

   * * *

   Ni z tego, ni z owego, w każdym razie z dość ogólnie pojętego nienacka
rozległ się głos Dzikiego Maga.

   Dla mnie dwa piwka! - warknął chrapliwie. Po krótkich, ale gorączkowych
chwilach przyciszonych konsultacji z kimś po tamtej stronie fonoteleportu
dodał:

   Jedno z nich z sokiem poziomkowym.

   * * *

   Delikatny szum, na który początkowo jedynie Mike Flores zwrócił uwagę,
zaczął z wolna narastać. Stali bywalcy zdawali się w ogóle go nie zauważać,
przyzwyczajeni do wszelkiego rodzaju niecodziennych zjawisk nawiedzających
Osiris Cafe z częstotliwością aż nadto intensywną.

   Dopiero gdy szum przerodził się w upiorne wycie zaczęło im to nieznacznie
przeszkadzać.

   Ciekawe kto to tym razem - westchnął Złotooki. - Mogliby się wreszcie
nauczyć wchodzić normalnie przez drzwi...

   Tymczasem na środku pomieszczenia powoli, acz systematycznie, zaczął się
tworzyć fioletowo-błękitny, wirujący słup powietrza. W chwili gdy się
ostatecznie uformował, pisnął triumfalnie i zamarł, a ze środka dobiegł
melodyjny kobiecy głos:

   Znowu coś pomieszałeś!

   Erghalm. To tylko efekty uboczne, nie tobie to oceniać - skomentował
chrapliwy męski głos z wyraźną irytacją. - Poza tym w czarnym też ci do twarzy.

   Ale nie życzyłam sobie mieć czarnej sukienki - stwierdziła kobieta
stanowczo. - Chcę z powrotem czerwona.

   Jak odstawisz wreszcie te szklanki, to coś na to poradzę, ale nie mogę
jednocześnie utrzymywać portalu, dyskutować z tobą i rzucać czary.

   Mike ze zdziwieniem popatrzył na ladę. Na barze pojawiły się dwie puste
szklanki po piwie. Kiedy znów podniósł wzrok portalu już nie było. Nieco
zaskoczył go brak dodatkowych następstw tego faktu. Chociaż miał niejasne
wrażenie, że jeszcze przez chwilę dało się słyszeć burzliwą wymianę zdań na
temat niestosowności noszenia różowych sukienek i tego, że mężczyźni nie
potrafią rozróżniać kolorów, to nie mógł być tego całkiem pewien - może mu się
tylko zdawało...

   Z niezachwianym spokojem ducha wziął się za mycie szklanek, uprzednio
wyjmując z jednej z nich bukiecik świeżych fiołków..

Polskie znaki w standardzie ISO by ZERO - dzięki!